Polskie geny
Do napisania tej notatki skłonił mnie wpis Rafała “Partia w organizacji” - i w zasadzie tylko to. Dobra dość już tego plagiatu. :)
Możecie się zgodzić albo nie, ale uważam, że istnieje “polski gen”. Gen, który kształtuje w Polakach niesamowitą, pozytywną cechę.
Jak świat światem i od kiedy Mieszko przyjął chrzest, Polacy są wybitnym narodem. Zwłaszcza jeśli chodzi o zrywy i zjednoczenia narodowe. Jesteśmy beczką prochu, której wystarczy jedna iskra, by cały, no większość przynajmniej, narodu się zjednoczyła i walczyła w słusznej sprawie. Przecież każdy zna naszą historię. Wspaniałe powstania, które może i nie za każdym razem przynosiły skutek, ale jednak pokazywały że Polacy reagują stadnie na jakieś wydarzenie. Ten gen przetrwał do dziś. Świetnym dowodem na to była śmierć Jana Pawła II, gdy wielotysięczny tłum spontanicznie czuwał pod oknem papieskim i na Błoniach krakowskich. Świetnym dowodem jest też mniej uduchowione wydarzenie, jakim jest WOŚP, gdzie pomysł i charyzma jednego człowieka raz w roku przynosi milionową pomoc dla dzieciaków.
Niestety gen ten kształtuje również całą masę cech niepożądanych. Jedną z nich jest, hmmm, lenistwo, marazm, uśpienie… Wszystko to, co powoduje, że jeśli nie będzie tej iskry, to nie będzie zrywu i zmian. Postawa iście “Weźmy się i zróbcie”. Będzie natomiast dużo narzekania, krytykowania i użala się, jak to jest źle i niedobrze. To jest druga z tych cech. Jesteśmy jednym z nielicznych, o ile nie jedynym narodem uwielbiającym narzekać i krytykować. Patrząc z przymrużeniem oka, w naszym kraju mamy najwyższą średnią trenerów piłkarskich przypadających na 100 mieszkańców. 80/100. Nie liczę osób nie interesujących się piłką. Każdy Polak wie jak naprawić prawo podatkowe, jak wyprowadzić kraj z kryzysu, każdy jest ekspertem gospodarki wolnorynkowej i usprawnienia służby zdrowia.
Kolejną z negatywnych cech jest kłótliwość. Nie od dziś znana jest prawda że gdzie dwóch Polaków tam trzy opinie. Ciężko się nam współpracuje, ciężko jest się nam dogadać. “Niczyich rozkazów nie słuchają, a między sobą ciągle się swarzą i nienawidzą…” pisał o słowianach Cesarz Maurycjusz.
A jak to się ma do ZHP? Myślę, że część z Was już domyśla się do czego zdążam. Czytając to forum, dobitnie widać, że nasz gen ma się dobrze i nie chce się wyciszyć. Pojawiają się co rusz artykuły krytykujące obecną sytuację w związku, zjazd i władze. Pojawiają się artykuły z propozycjami zmian i sugestiami jak można naprawić ZHP. I pojawiają się artykuły, w których można wyczytać tęsknotę autora za zrywem narodowym, zorganizowanym oporem, bo jak historia nasz uczy tylko tak możemy coś zmienić i poprawić.
A mnie czytając tego bloga tłuką się w głowie dwie myśli-klucze. Praca u podstaw i kropla. Prosta, zwykła pozytywistyczna “praca u podstaw”.
Za wikipedią: “Pozytywiści rozumieli konieczność pracy na rzecz najbiedniejszych i najbardziej upośledzonych warstw narodu, które mając możność pełniejszego włączania się w struktury społeczne, swoją pracą pomnożą bogactwo ogólnonarodowe. Sięgnąć należało więc do tych, którzy zajmując miejsce u podstaw społeczeństwa, stać się mogą mocnym i trwałym filarem (…)”. No a kropla? Garść cytatów: >>Jeśli jedna kropla powiedziałaby: “nie jestem potrzebna”, nie byłoby oceanu… <<, “Kropla drąży skałę…” – Tales. “Kropla drąży skałę nie siłą, lecz częstym padaniem” – Gariopontus.
Jako Polacy z krwi i kości, wspomagani przez nasz gen, oczekujemy rozwiązań radykalnych, szybkich i przynoszących natychmiastowe skutki. Chcemy iść ścieżką prostszą i łatwiejszą, o ile ktoś nas poderwie i poprowadzi. Bo łatwiej i szybciej jest zrobić rewolucję, przewrót, pucz, i ustanowić nasze władze, nasz program i nasze propozycje napraw, niż pracować z młodymi instruktorami i lokalnymi środowiskami nad tym aby w przyszłości, za parę lat odpowiedzialnie i z rozwagą decydowali o losach związku, i żeby za parę lat to oni wzięli na siebie ciężar zmian, które stopniowo lecz sukcesywnie będą zmieniały wizerunek i jakość ZHP.
A jak to wygląda teraz? Są młodzi harcerze i młodzi instruktorzy skupieni na pracy w swoich środowiskach, i te środowiska mniej więcej do poziomu hufca włącznie, w większości przypadków działają świetnie. Potem zazwyczaj jest pustka. Następnie jest “warstwa” instruktorów w wieku ok. 30-35 lat którzy myślą już o Związku i którzy chcą coś zmienić ale niestety odbijają się od tej ostatniej grupy najstarszych instruktorów i władz, nazywanych gdzieniegdzie “betonem”. Ci najstarsi nie czują potrzeb młodych, młodzi nie rozumieją doświadczenia starszych. Powszechna walka pokoleń.
A czego nam brakuje? Oczywiście brakuje nam tego płynnego przejścia od bycia harcerzem po bycie odpowiedzialnym instruktorem, decydującym o losach związku. Bo w niewielu miejscach w kraju uczy się harcerzy odpowiedzialności, poczucia wspólnoty na poziomie całej organizacji oraz rozwoju opartego na przechodzeniu wzwyż organizacji, a nie zadaniach na rzecz swojego środowiska. Bardzo często jest tak, że ludzie wartościowi, mający duży potencjał, są trzymani na siłę w szczepie czy hufcu bo są dobrzy i środowisko się dzięki nim rozwija. Ponadto wpiera się im, że środowisko jest najważniejsze, bo tylko środowisko się o nich troszczy, bo u góry i tak nic nie zdziałają, więc poco mają tracić zapał i siły na walenie głową w mur, bo góra jest zła. Powstaje swoisty syndrom sztokholmski, młodzi instruktorzy wierzą całkiem szczerze w to wszystko i ciężko pracują na rzecz drużyny, szczepu, hufca.
Ale po jakimś czasie przychodzi kryzys, wypalenie. Brak rozwoju i nowych wyzwań powoduje niemoc twórczą. Tacy instruktorzy zazwyczaj odchodzą z ZHP w kwiecie wieku, bo w ich mniemaniu osiągnęli już wszystko. Bo przecież bardzo łatwy jest okropnie niebezpieczny proces kształtowania młodego instruktora wg wzorca komendanta szczepu czy hufca, niektórzy powiedzą pranie mózgu, tak aby wyznawane zasady i myśl przewodnia komendanta stała się myślą instruktora. I właśnie ucinanie wolnego myślenia wraz z trzymaniem młodych tylko dla siebie powoduje, że brakuje nam zaplecza, rzeszy instruktorów drążących skałę do zmian. Bo cóż z tego, że po jakimś czasie Ci instruktorzy jednak przejrzą na oczy, zaczną samodzielnie myśleć, wrócą do ZHP z przekonaniem, że jeszcze tyle mają do zrobienia, że tyle mogą zmienić, skoro będą się miotać między dużo starszymi instruktorami, którzy nie jedną już zamieć przetrzymali, a bardzo młodymi, którym trzeba pomóc. I znowu są w punkcie wyjścia. Albo będą walić głową w mur, chcąc zmienić coś na górze, albo będą pracowali dla lokalnego środowiska, które trzeba wesprzeć własnym doświadczeniem. Uważam, i chyba każdy harcerz przyzna mi rację, że nie da się rozpalić wspaniałej watry, jeśli pominie się którąkolwiek z warstw podczas jej układania. Być może się uda ale będzie to trudny i mozolny proces trwający bardzo długo.
Dlatego na zakończenie mojego przydługiego wywodu, który miał być w moim mniemaniu tylko uzupełnieniem tekstu Rafała, apeluję, przełączmy nasz gen polskości w tryb czuwania i weźmy się do ciężkiej pracy u podstaw. Pracujmy nad tym, aby stawiać młodym instruktorom ciągłe wyzwania, dostosowane do ich poziomu rozwoju. Pracujmy nad tym, aby ludzie nie odchodzili ze Związku z poczuciem, że zrobili już wszystko. To naprawdę za parę lat zaowocuje, może nie armią, ale przynajmniej sporym zapleczem młodych ludzi, którzy będą chcieli zmian i co więcej te zmiany wprowadzą. To już nie będzie A51 lecz całe pokolenie instruktorów, którzy będą samodzielnie i odpowiedzialnie myśleć.
Podobne artykuły
Przewodnik. Instruktor Hufca Kraków Nowa Huta. Szef Harcerskiego Zespołu Ratowniczego. Członek Hufcowego Zespołu Pozyskiwania Środków. Z wykształcenia i zawodu, informatyk.