Partia w organizacji
Do napisania tej notatki skłonił mnie wpis Adama “Historia pewnej uchwały”… i część komentarzy pod nim.
W skrócie rzecz ujmując, z wpisu wynika, że nie ma niestety żadnego RPM, który chciałby odnowić ZHP więc z tego powodu ZHP się nie odnowi…
Bo kiedyś był RCŻ (Ruch Programowo – Metodyczny) a teraz nie ma i sieroty po RCŻ nie mają gdzie wstąpić. A bez ruchu programowo – metodycznego – ZHP zmienić się nie da…
Trochę głos Adama koresponduje ze słyszanymi tu i ówdzie sugestiami, że trzeba coś robić, zorganizować się, chwycić za jakiś sztandar (A51? ZHP24? KIHAM 2.0?) mieć jakieś logo, znaczek i… i działać.
Ja tak nie uważam.
Uważam, że tworzenie partii wewnątrz organizacji pozarządowej – to droga donikąd. Zresztą, historia RCŻ najlepiej to pokazuje.
Żeby było jasne – pisząc dalej o ruchu programowo metodycznym – mam na myśli ten specyficzny rodzaj ruchu, którego celem jest zmiana ZHP, odnowa, który ma charakter bardziej partii politycznej (RCŻ, KPW) a nie ruch, którego celem jest poszukiwanie nowych rozwiązań metodycznych czy programowych dla ZHP (RPM Wędrownictwo, Ruch Drużyn Grunwaldzkich). Te ostatnie powinny być i powinno być ich jak najwięcej. Bo ciągle brakuje nam miejsc, gdzie testowane są nowe rozwiązania metodyczne i programowe, a tych właśnie powinniśmy poszukiwać. I właśnie RPM są wymarzonym polem do wszelakich eksperymentów metodycznych i programowych.
Chcę się skupić, na tych formach działalności, które pod przykrywką RPM tworzą w ZHP jakieś stronnictwo, partię dążącą do systemowych zmian w ZHP.
Moim zdaniem, ZHP nie powinno odnawiać się poprzez formalne ruchy wewnątrz ZHP. Tworzenie organizacji w organizacji (a potem często dzielenie jej jeszcze na frakcje) to rozdrabnianie zasobów, bo zawsze część energii pójdzie na organizację ruchu – a część na rzeczywistą pracę.
ZHP nie potrzebuje ruchów dążących do zmian. ZHP potrzebuje zmian. Więc, w mojej ocenie, zamiast tworzyć kolejną strukturę, zajmującą się zmianami – może lepiej tworzyć od razu zmianę?
A jak tworzyć zmianę? Poprzez pracę w komendach, przekonywaniu do swojej racji instruktorów, wybieraniu właściwych ludzi na Zjazdy, do Rady Naczelnej, ale też poprzez kształcenie kadry, publikowanie artykułów. To wszystko możne robić zwykły instruktor ZHP i wcale nie widzę potrzeby, by w celu np. napisania dobrego artykułu do Na Tropie czy zorganizowania nawet ogólnopolskiej konferencji, należało tworzyć jakąś strukturę poboczną w ZHP.
Nawet mam wrażenie, że tworząc jakiś formalny “ruch oporu” (bo przeważnie takie ruchy są tworzone w opozycji do czegoś – vide deklaracja członkowska RCŻ… ) powodujemy (zgodnie z trzecią zasadą dynamiki) jeszcze większy opór struktur. Zaczynamy być postrzegani przez pryzmat ruchu, który reprezentujemy, niż przez pryzmat tego co mamy do powiedzenia. Do tego, propozycje wypracowane wewnątrz ruchu, są traktowane przez członków tego ruchu jako niemalże dogmat i bardzo trudno podlegają modyfikacji czy dyskusji. Ruchy są mało elastyczne bo wychodzą z własnych pozycji na których często się okopują – co nie sprzyja poszukiwaniu najlepszych rozwiązań dla ogółu, tylko nastawione jest na obronę “swojego”. Ulegają syndromowi zbiorowej słuszności, utwierdzając się często we własnym gronie we własnej racji. Nie sprzyja to dialogowi i uznaniu racji drugiej strony.
Dlatego zupełnie nie rozumiem, potrzeby zrzeszania się wewnątrz ZHP. Wydaje mi się, że przeciętny, dobrze działający instruktor w swoim środowisku, ma takie możliwości wpływania na zmiany, że już wystarczy. Więcej nie trzeba. Dodatkowa partia (ruch) już nic więcej nie wniesie – no bo co może wnieść?
Ruch może zorganizować ogólnopolską konferencję o czymś tam (takie konferencje organizował RCŻ). Czy hufiec nie może zorganizować ogólnopolskiej konferencji?
Ruch może zorganizować szkolenie. Ale i tak trzeba je zarejestrować w jakiejś chorągwi lub hufcu. Nie prościej zrobić je przez jakiś hufiec / chorągiew?
Ruch może wydawać gazetę. A bez ruchu nie można wydawać gazety? Trzeba do tego odrębnych struktur? Swoje poglądy można publikować w już istniejących tytułach i nie potrzeba do tego partii.
Więc nie wiem, co jeszcze może wnieść istnienie ruchu do tego, by zmienić organizację.
Jedyne co można mieć w ruchu, to wypełnienie jakieś potrzeby wyróżnienia się, przynależności. Dawniej było to noszenie “dziesiątek” na lilijce instruktorskiej, znaczka “Zawiszy” na mundurze, blaszki z zapisem Prawa Harcerskiego w wersji przedwojennej – to były zewnętrzne oznaki identyfikacji z jakąś ideą, niczym opornik wpinany w sweter w latach komuny. Ale mam wrażenie, że te czasy już się skończyły. A po drugie, były to oznaki identyfikacji z jakąś ideą, a nie konkretnym ruchem. Do identyfikacji z jakąś ideą, wcale nie trzeba tworzyć organizacji.
Zacząłem od wpisu Adama i na nim skończę. RCŻ się rozwiązał – i bardzo dobrze. Rozwiązał się, bo moim zdaniem wyczerpała się formuła Ruchu Programowo Metodycznego rozumianego jako stronnictwo polityczne wewnątrz ZHP. Znamienne, że ludzie tego ruchu, największy sukces osiągnęli po rozwiązaniu Ruchu! Wtedy ziściły się ich dążenia! A więc Ruch nie był im w tym do niczego potrzebny.
I tak jest nadal. Chcemy zmieniać rzeczywistość wokół siebie? Chcemy innego ZHP? Chcemy jego odnowy, odmiany, rozwoju? To pracujmy w swoich środowiskach, róbmy kursy, szkolenia, piszmy artykuły, notki na blogi, bądźmy opiekunami prób instruktorskich, organizujmy seminaria, konferencje, dyskutujmy o pomysłach na rozwój ZHP, spierajmy się, wybierajmy mądrych ludzi do władz, twórzmy projekty uchwał… Róbmy tę zmianę, zmieniajmy ZHP – a nie twórzmy struktur obok ZHP. Skupmy się na tym, co można zbudować, co można zmienić, a nie na tym z kim walczyć i przeciw komu wystąpić. Historia pokazała, że to donikąd nie prowadzi.
Podobne artykuły
harcmistrz, zastępca komendanta hufca ZHP Radom - miasto i Szef Zespołu Kadry Kształcącej Hufca Rafom - miasto. Socjolog, samodzielny badacz badań rynku i opinii. Instruktor żeglarstwa PZŻ. W ZHP pełnił funkcje drużynowego, zastępcy komendanta hufca ds programowych, Szefa HSR, Kierownika Wydziału Badań i Analiz GK ZHP, Wiceprzewodniczącego ZHP.
Jego pasje to żagle, góry, bieganie, kajaki i rower.
I właśnie między innymi dla tego nie zostałem członkiem RCŻ. Z tym, że dla starych instruktorów to co piszesz jest chyba oczywiste. My możemy spotkać się w schronisku czy przy ognisku i pogadać. Zorganizować coś wielkiego i ważnego, albo małego i też istotnego.
Ale co z młodym instruktorem, który we własnym hufcu ma do czynienia ze stwardniałym betonem. Przyjedzie na taki kurs, my wywracamy mu w głowie, pokazujemy że faktycznie ZHP to ta najlepsza droga w rozwoju młodego człowieka i właśnie w niej jest jego miejsce. Wraca do hufca naładowany a tam ten sam beton. Młody człowiek potrzebuje identyfikacji.
Ale czy to dobrze gdy identyfikuje się z czymś co jest w opozycji do tego co sam na zjeździe wybrał?
Może stworzyć coś co nie będzie w opozycji a można będzie się identyfikować?
ZHP jest czymś takim, ale niestety nie wszędzie.
I ponownie wracamy do punktu wyjścia.
O fajnie… w końcu ktoś wspomniał, że praca u podstaw jest najważniejsza. Miałem już wrażenie, że czytelnicy tego bloga o tym zapomnieli. Róbmy to, co w danej chwili możemy robić najlepszego. Chyba rzeczywiście w tej sytuacji rozwiązanie proponowane przez autora jest najsensowniejsze.
Pozytywizm jest ekstra!
I to jest Rafał Klepacz o jakim słyszałem z opowiadań pewnej druhny z Mikołowa:
“Skupmy się na tym, co można zbudować, co można zmienić”
Gekon, Filok, ale Rafał Klepacz mówił tak zawsze. I mówili tez inni autorzy bloga. Choć to nie wyklucza krytycznego patrzenia na rzeczywistość. Gdyby niektórzy nie skupiali się na krytycznym patrzeniu na rzeczywistość, tylko wykonywali jedynie swoje pracowe obowiązki, to może nadal mielibyśmy komunizm. Całe szczęście niektórzy mieli odwagę krytykować :P
Nawet – jak z górkiem tworzyliśmy trójkąt – to ten róg, który nam był najbliżej – nazwaliśmy pozytywistyczny. A to było… hohoho lat temu :)
A może ta potrzeba zrzeszania się wynika z braku wsparcia w macierzystym hufcu? Może w małych hufcach instruktorów interesujących się na poważnie sprawami ZHP’u i robienia czegoś na polu związkowym jest mało, a wręcz są to jednostki? Jednostki, które fajnie pracują u siebie, ale jednak ciekawi ich wyjście poza hufiec. Bo siedząc tylko u siebie mam wrażenie, że powoli betoniejemy…
Ja się do końca nie zgadzam. To znaczy zgadzam się z tym, że trzeba działać pozytywnie i u podstaw. Tylko do tego działania potrzebują energii. Ja akurat byłem członkiem RCŻ i choć idea ta okazała się nieco złudna (po latach), to wtedy bardzo tego potrzebowałem. Przynależność do pewnej grupy ludzi to zwykła, “Maslovowa” potrzeba przynaleśności. ZHP który nie do końca nam odpowiada i który widzimy na codzień nie do końca nam tę potrzebę realizuje. Jeśli jesteśmy w hufcu który nam do końca nie pasuje – tak samo. Ja w hufcu miałem całkiem dobrze, ale miałem fazę na “zmianę świata” i chciałem się czuć blisko osób, które czuły podobnie. I to mi dawało “powera”.
Ale owszem, niesie to pewne niebezpeczeństwa. Gdy w 2003 zostałem przewodniczącym RPM Wędrownictwo, jednocześnie stając się członkiem Wydziału Wędrowniczego GK ZHP, zacząłem otrzymywać sporo bardzo ciekawych maili. Cel RPM został osiągnięty, grupa wiekowa została wprowadzona. Ale jednak RPM był potrzebny – był tym dla struktury, czym zakon dla struktury parafialnej, jak to ujął Ryszard Polaszewski. Natomiast bardzo dużo ludzi pisało maile w stylu “czuwaj druhu, chcielibyśmy zapisać się do tego PRAWDZIWEGO wędrownictwa, tego RPMowego, a nie tego paskudnego, oficjalnego, GKowskiego” :) Informacja, że RPM i oficjalna struktura to niejako teraz całość była dla nich szokiem. Potrzebowali widocznie jakiegoś “Opus Dei”.
Więc tak jak mówię – nie jest to do końca jasne i proste. Z Ruchem nie udało się zreformować ZHP, ale bez Ruchu też się nie udało. Więc to żaden argument. Ja uważam akurat, że jest miejsce na Ruch i że ludzie aby zebrać się w siłę potrzebują zjednoczenia. Nie przeciwko komuś, tylko za czymś. W innym przypadku siła będzie zbyt rozproszona. Niestety mamy ciągle za dużo betonu w całej organizacji i rozkruszanie go małymi uderzeniami w różnym czasie, w różnych miejscach w Polsce – nic nie da. Tylko nie wiem czy mi już chce się z tym cokolwiek robić. :(
I zgadzam się z Michałem, bo argumentacja Rafała jakoś po raz chyba pierwszy zupełnie do mnie nie trafia….