Wieczni zastępowi
Bardzo cenię instruktorów, którzy są liderami w małych środowiskach. Wyzwania przed którymi stają są zupełnie inne niż te, które znam z harcerstwa tworzonego w mieście najpierw dwustutysięcznym, a teraz dwumilionowym. Uważam jednak, że są oni narażeni na pewne niebezpieczeństwo.
Gdybym tworzył dziś drużynę harcerską zacząłbym od znalezienia w gronie kandydatów do niej dobrych zastępowych. Potem użyłbym wszystkich znanych mi technik motywacyjnych, żeby moich zastępowych przekonać, iż są najwspanialsi i najmądrzejsi. Kiedy bym za parę lat tę drużynę przekazywał, zebrałbym moich zastępowych przy ogniu i powiedział: “Chłopaki, trochę Was okłamałem.”
Zastępowym nie może być każdy. Licząc, że idealny zastęp ma sześć osób, przyjąć należy, że na zastępowego z tego grona nadaje się jeden człowiek. To ten, wokół którego harcerze naturalnie się gromadzą, pytają o zdanie, który potrafi zapalić ich do wspólnych zadań. I tak jak na sześciu harcerzy tylko jeden nadaje się na zastępowego, przyjąć można, że tylko jeden na sześciu zastępowych nadaje się na drużynowego. I tak dalej – nie każdy drużynowy zostać może szczepowym, nie każdy szczepowy komendantem hufca… Model wyłaniania wodzów z kolejnych grup liderów wygląda trochę jak piramida – na jej szczycie znajdować się powinien znany już czytelnikom bloga zhp24 Bogdan W. Ale nie o Bogdanie dziś mowa.
Wyobraźmy sobie 600-osobowy hufiec. To jednostka, w której działa około 35 drużyn – mamy więc do czynienia z 35 liderami. Zapewne wśród nich pojawia się kilka osób, które mają w hufcowym środowisku mocną pozycję. Nie jest jednak prawie nigdy tak, że w tak dużej grupie instruktorów wyłania się jedna bądź dwie silne osobowości, które całkowicie przytłaczają innych. W grupie 35 liderów jest to po prostu niemożliwe, choćby dlatego, że w tak dużej zbiorowości pojawić się muszą podgrupy.
Teraz wyobraźmy sobie hufiec 120-osobowy, raczej zamknięty. Działa w nim powiedzmy 7 jednostek, na czele których stoi 7 liderów. I jeśli w tej grupie znajdzie się jedna osoba o ponadprzeciętnych umiejętnościach czy charyzmie – staje się miejscowym pół-bogiem. Tak to jest z ludźmi wybijającymi się w małych środowiskach, że bardzo szybko stają się dla swoich harcerskich kolegów wielkimi autorytetami. Rosną harcersko w przekonaniu o swojej niepowtarzalności, są stuprocentowo pewni, że każde ich działanie jest najwyższej jakości – że nie tylko w hufcu, ale prawdopodobnie w całym wszechświecie, nikt nie “robi harcerstwa” tak dobrze jak oni.
I w jednym i w drugim modelu wszystko wygląda dobrze, dopóki liderzy z obu hufców nie spotkają się ze sobą w zespole instruktorskim, powiedzmy na poziomie chorągwi. Instruktor z dużego środowiska najczęściej nie ma z pracą w takim zespole problemów – zna ze swojego hufca system współpracy między instruktorami, nauczył się już, że nie zawsze jego zdanie i opinia są bezbłędne, umie czerpać i uczyć się od innych.
Pół-bóg z małego środowiska ma nieporównywalnie trudniej. Ciężko jest z pozycji niekwestionowanego autorytetu trafić znowu do szeregu. Zrobić w tej sytuacji można dwie rzeczy. Można zrozumieć, że to zupełnie inne otoczenie i środowisko niż macierzyste, hufcowe. Że innym też w harcerstwie udało się wiele, że mają doświadczenia i kompetencje niejednokrotnie przekraczające nasze własne. Że wiele rzeczy robią równie dobrze bądź lepiej, no i umieją tak normalnie ze sobą dyskutować, szanując nawzajem własne zdanie. Zastanawiające jest też, że po wypowiedziach pół-boga nie zapada długa i pełna namaszczenia cisza, co w macierzystym środowisku jest regułą.
Jest niestety ścieżka druga. To właśnie ścieżka wiecznego zastępowego, któremu nikt nie powiedział, że wcale nie jest najlepszy we wszechświecie. Macha on więc wciąż wojowniczo na instruktorskich spotkaniach proporcem swojego zastępu, wypowiada się z pozycji wszechwiedzącego autorytetu, uważa siebie i tylko siebie za osobę “robiącą prawdziwe, dobre harcerstwo”. Inni sobie trochę z niego pokpiwają, okazuje się bowiem niejednokrotnie, że jego “odkrywcze” opinie przyjęli do wiadomości dobrych kilka lat temu.
Czytam i słucham czasem dyskusji instruktorskich w ZHP, z racji pełnionej funkcji mam okazję obserwować instruktorów z bardzo wielu środowisk. W naszym Związku wiecznych zastępowych jest masa. Nie potrafią mentalnie ogarnąć więcej niż własnego podwórka, wypowiadają się przez jego pryzmat i absolutnie nie przyjmują do wiadomości jakiejkolwiek krytyki pod swoim adresem. To dobre wśród zastępowych – trzeba bowiem budować wśród harcerzy poczucie, że ich “ekipa” jest absolutnie najlepsza, wyjątkowa, a w turnieju zastępów złoi innym skórę. Cały problem polega jednak na tym, że brązowy sznur oddaje się zazwyczaj w wieku kilkunastu lat. I wtedy mentalność zastępowego należy porzucić raz na zawsze. Dużej części instruktorów z małych środowisk to się udaje – mam dla nich ogromny szacunek. Innym niestety nie.
Jestem z Kielc – miasta ani małego ani wielkiego, z drużyny specjalnościowej o silnym poczuciu własnej odrębności. Wachta (tak nazywały się zastępy w naszej drużynie) “Pasat” zawsze była i będzie dla mnie najlepsza. Zaczynam dopuszczać jednak możliwość, że w całym wszechświecie istniały bądź istnieją zastępy równie dobre jak ona. To świadomość przydatna instruktorowi ZHP, przed którym stoją wyzwania nieco inne niż zwycięstwo w turnieju zastępów.

z jakubsieczko.blogspot.com:
Bartoszewski, Piesiewicz i Kapitan Bomba – mądre i bezcenne towarzystwo. Zaiste, ciekawy dobór osobistości na Druha wizytówce w Internecie…
Kuba, no dobra – najwiecej zastepowych to uczestnicy forów harcerskich i wszelkich dyskusji, wogóle to najczęściej mają czerwono pod Krzyżem. Tylko powiedz, czemu system zastępowy leży, małe grupki to najczęściej “prawie drużyny” …Acha, po prostu zastępowi zamiast prowadzić zastępy wyrośli na wyrocznie i zbawiają Związki, no i działają, działają, działają……….Tyle regulaminów i statutów do przeróbki……..
@laLocarno – Zarówno Bartoszewskiego, jak i Piesiewicza, a także Kapitana Bombę (a raczej jego twórców) cenię. Chociaż każdą z tych postaci za coś innego. I czyżbym miał niejasne wrażenie, że to jakaś wrzuta osobista nie odnosząca się do treści wpisu?:) Jeśli tak, to mogę tylko powiedzieć “De gustibus non est disputandum” i podziękować za wizytę na moim blogu.
@Piotr – Piotrze – 100% zgody z Twoim stwierdzeniem. Oczywiście system zastępowy kuleje, nad czym ubolewam, bo wywodzę się z drużyny, gdzie działa bardzo dobrze i choć nigdy nie byłem drużynowym, to z dumą mogę stwierdzić, że wachtowym(zastępowym) byłem i to była jedna z najfajniejszych sprawowanych przeze mnie w ZHP funkcji. A czemu system zastępowy leży? Brakuje chyba kształcenia i dobrej metodycznej pracy z drużynowymi, choćby w namiestnictwach. Nad tym zagadnieniem zastanawiały się już tęższe głowy – a tekst ten wbrew pozorom nie jest o zastępach:) Pozdrawiam.
Zgadzam się z artykułem, czasem podwórkiem może być nawet szczep który jest sobą i tylko sobą z jedny wiecznym, wyjątkowym i niezastąpionym komendantem, który jest najlepszy dla nich, ale wie on jedną rzecz, że są lepsi, i zamyka swoje środowisko. To jest Sytuacja która jest jeszcze większą zgrozą wiecznego zastępowego. A czasy zastępu zawsze wspominam szcześliwie, i jako drużynowy zrobiłem wszystko aby ten system działał sprawnie, chosiarz wiele mnie kosztowało jako świerzo założonej drużynie:) Bo dzieci też tego chcą ale o tym jeszcze nie wiedzą:)
Muszę zgodzić się z Kubą. Ja to zjawisko nazywam mentalnością zaścianka. Obecnie mam okazję obserwować człowieka, który został drużynowym nie wyrósłszy z zastępowego. Drużynę traktuje jak duży zastęp i kompletnie nie potrafi dostroić się do środowiska. Jego działania są wręcz rozbijackie, a wśród wędrowników, gdzie jest jednym z wielu “źle się czuje”. Po prostu, patologia. A powód jest prosty: nie wyrósł z zastępu. Paradoksalnie, zastępu zastępowych też nie umie poprowadzić. :(
słowa, słowa, słowa.. ładnie poskładane lecz pełne nieuprawnionych generalizacji, opartych li tylko na luźnych, osobistych obserwacjach
Drogi Magistrze!
Rozbijając Twój komentarz na części:
1. “słowa, słowa, słowa..” – tak, ten blog to słowa. Czyny też są, ale nie na blogu.
2. “ładnie poskładane” – dziękuję:)
3. “lecz pełne nieuprawnionych generalizacji” – spodziewałem się tego zarzutu pisząc ten tekst, celowo więc użyłem w nim następujących zwrotów:
- “Uważam jednak, że są oni narażeni na pewne niebezpieczeństwo.” – nie znaczy to, że dzieje się zawsze. Z moich obserwacji wynika jednak, że dzieje się to często. Na tyle zastanawiająco często, że postanowiłem to opisać.
- “Dużej części instruktorów z małych środowisk to się udaje – mam dla nich ogromny szacunek. Innym niestety nie.”
4. “opartych li tylko na luźnych, osobistych obserwacjach” – tak, to prawda. Taka też jest jak sądzę formuła blogów/felietonów, że oparte są one o osobiste obserwacje. Żadnych badań naukowych na opisany temat nie prowadziłem, z resztą sądzę, że mogłyby być one trudne.
Pozdrawiam i dziękuję za słowa krytyki.