search
top

O harcerstwie inaczej odc. 4 – “Przygoda”

- Lina! Rzuć nam linę! - krzyk Wojtka zdawał się ginąć w ogólnym chaosie wywołanym porywami gwałtownego, wiejącego ze wschodu wiatru. Biegli co sił wśród tumanów unoszącego się piachu, starając się wymijać większe kamienie, krzewy i karłowate drzewa. Nie zawsze im się to udawało. Co chwila potykali się o wystające korzenie, tracili cenne sekundy na nierównościach terenu. Oczy łzawiły im od wciskających się w nie mikroskopijnych ziarenek piasku. Z trudem łapali oddech, ale nie poddawali się.


Jednak ich zielono-złocisty balon wciąż im umykał. Wiklinowy kosz to unosił się 2-3 metry nad ziemią, to opadał na kilka sekund tylko po to, aby znowu poderwać się do góry. Nie mogli go uchwycić. W koszu rozpaczliwie szamotał się Witek, ich najmłodszy załogant. Desperacko próbował chwytać gałęzie mijanych drzew, aby choć odrobinę spowolnić ruch balonu. Bezskutecznie. W dłoniach zostawały mu jedynie liście i kawałki połamanych gałęzi.

Witek co chwila zerkał w kierunku, w którym spychał go bezlitosny wicher. Zbliżali się do krawędzi grzbietu. – Jeżeli nie uda mi się przed nią zatrzymać to koniec - pomyślał. – Co robić, co robić? – Spróbował raz jeszcze wypuścić nadmiar gorącego powietrza przez klapę w górnej części balonu. Nic z tego. Wiatr tak splątał prowadzącą do niej linę, że musiał się poddać. – Musi być jakiś inny sposób. Tylko jaki? Nim powietrze w powłoce wystarczająco się oziębi będzie już za późno. Do tego czasu wiatr zepchnie mnie poza krawędź.

Tymczasem, kilkanaście metrów za nim, biegnący na czele reszty załogi Wojtek korzystając z krótkiego momentu ciszy pomiędzy porywami wiatru raz jeszcze krzyknął - Witek! Lina! Rzuć nam linę! – Krzycząc, przestał jednak na moment kontrolować podłoże, po którym biegł. Pechowo trafił akurat na fragment sypkiego żwiru, który zaczął mu się usuwać spod stóp. Ledwo udało mu się złapać równowagę. Kosztowało go to jednak kilka cennych sekund. W tym czasie balon oddalił się od ścigającej go grupy na odległość ponad trzydziestu metrów.

Jaką linę? O co mu chodzi? – Witek rozejrzał się nerwowo po wnętrzu kosza. Większość lin cumowniczych ciągnęła się po ziemi zaraz za koszem. Biegnący nie mieli jednak możliwości ich dosięgnąć. Znajdowali się zbyt daleko. W końcu jego wzrok padł na przytroczoną do ściany kosza linę przeznaczoną do wzlotów na uwięzi. – To może być to - pomyślał i zabrał się od rozwiązywania troków. W rozbujanej gondoli nie było to łatwe. W końcu jednak udało się. Trzymając cały pęk w ręku wychylił się poza krawędź kosza.

Biegnących dzieliło od balonu jeszcze ponad dwadzieścia metrów. Witek sprawdził czy koniec liny jest wystarczająco mocno przywiązany do gondoli, po czym rzucił pęk z całej siły w kierunku goniących go kolegów. Licząca pięćdziesiąt metrów długości lina zaczęła rozwijać się pomiędzy uciekającym balonem, a Wojtkiem i resztą załogi.

Pierwszy chwycił ją Daniel. - Mam! - krzyknął i zaparł się całym swoim ciężarem w ziemię. Balon zaczął się poruszać nieco wolniej, ale nie zatrzymał się. Wiatr nadal spychał go na zachód, w kierunku widocznego już wyraźnie urwiska. Po chwili dobiegli pozostali – Wojtek, Paweł i Andrzej. Wszyscy jednocześnie zaczęli ciągnąć linę. Balon w końcu przestał przesuwać się razem z wiatrem. Kosz podskakiwał jeszcze trochę przy silniejszych podmuchach, ale za każdym razem coraz słabiej. Powłoka coraz silniej przechylała się na bok, by w końcu dotknąć ziemi. Jej górna część znalazła się już za załamaniem terenu.

- Przywiążmy linę do tej sosny - Wojtek ruchem głowy wskazał na rosnące w pobliżu drzewo. - Paweł, Andrzej, trzeba jak najszybciej ściągnąć powłokę znad urwiska, dacie radę? – Obaj skinęli głowami i gdy tylko zabezpieczyli balon przed dalszą ucieczką, pobiegli w kierunku krawędzi grzbietu. Wojtek z Danielem podeszli w tym czasie do kosza, w którym z obawy przed zbytnim odciążeniem gondoli cały czas siedział Witek.

Wiatr zdawał się stopniowo cichnąć.

- Niezły przelot - rzucił wesoło Wojtek w stronę Witka. - Może powinieneś spróbować zacząć latać wyczynowo.. Ewidentnie tkwi w tobie wielki talent.

Najmłodszy załogant był jeszcze jednak zbyt oszołomiony by normalnie odpowiedzieć, popatrzył więc tylko nierozumiejącym wzrokiem na swojego drużynowego.

- Tak, tak, koniecznie musisz wystartować w zawodach - do rozmowy wtrącił się Daniel. - Najlepiej w kategorii ‘niskie pułapy’ - dodał uśmiechając się szeroko.

Witek, z którego powoli zaczęło opadać napięcie tylko pokręcił głową. Zauważywszy, że wiatr się uspokoił, a kosz od dłuższego momentu stał stabilnie na ziemi uznał, że on też z chęcią poczułby już stały grunt pod stopami. - Wychodzę - powiedział i przełożył nogę nad krawędzią kosza. Przyjaciele pomogli mu wygramolić się z gondoli.

- Dobra, usiądź tu sobie na chwilę i odpocznij. My zajmiemy się resztą. - Wojtek spojrzał w kierunku Pawła i Andrzeja, którym udało się otworzyć górną klapę nawigacyjną, dzięki czemu pozbyli się już większości gorącego powietrza. Wkrótce cała czwórka zajęła się zwijaniem leżącej na ziemi powłoki.

Sytuacja ustabilizowała się w końcu na tyle, że Wojtek mógł na spokojnie przeanalizować to co się stało. Zamyślił się.

To był już dziewiąty dzień ich wyprawy do Kapadocji. Od dwóch dni trasę pokonywali balonami. Ani pierwszego, ani drugiego dnia lotu nic nie wskazywało na jakiekolwiek problemy z pogodą. Wprost przeciwnie – świeciło słońce, niebo było bezchmurne, przez cały czas wiał idealny wiatr. Jako, że lecieli standardową trasą turystyczną to widzieli również inne załogi, z którymi od czasu do czasu wymieniali pozdrowienia. Nic nie zwiastowało anomalii, z którą zetknęli się zaraz po zakończeniu ostatniego popołudniowego przelotu.

A anomalia, bo jak inaczej nazwać ten gwałtowny wicher, z którym zmagali się przez ostatnie kilka minut zupełnie ich zaskoczyła. Zdążyli jedynie wylądować i wypakować podręczny ekwipunek z koszy, a także spuścić powietrze z powłok dwóch balonów. Z trzeciego, który przyleciał ostatni zdążyli tylko wysiąść, gdy uderzył w nich porywisty wschodni wiatr. To znaczy wysiąść zdążyli wszyscy poza Witkiem, którego zadaniem było opróżnienie powłoki z gorącego powietrza. Niestety, nie zdążył.

Wszystko zadziało się bardzo szybko. W powietrze nagle wzbiły się tumany kurzu, a właściwie piachu, liści i drobnego żwiru. Widoczność momentalnie się pogorszyła. Wszyscy zaczęli gorączkowo biegać i łapać lżejsze przedmioty, które wicher rozrzucał w każdą stronę. Kilka osób rzuciło się na leżące na ziemi powłoki, by wiatr nie porwał ich ze sobą. Niestety nie mogli tak postąpić z tą, która wciąż jeszcze była napełniona powietrzem. Silny podmuch momentalnie uniósł trzeci z balonów kilka metrów powyżej lądowiska i zaczął go przepychać w kierunku zachodnim. Przez następne minuty trwała szaleńcza walka o sprowadzenie balonu z powrotem na ziemię. Szczęśliwie ostatecznie wygrana przez młodych załogantów.

- Hej, wszystko w porządku?! - Wojtek oderwał się od swoich myśli i spojrzał w kierunku skąd usłyszał pytanie. Od strony lądowiska biegło w ich kierunku kilka osób. Rozpoznał załogę drugiego balonu, która najwyraźniej szła im z pomocą.

- Tak, wszystko pod kontrolą - odkrzyknął Wojtek. - Kończymy zwijać powłokę. A jak na lądowisku? Udało się wam opanować sytuację? - spytał już normalnie, gdy piątka chłopaków dotarła do miejsca, gdzie leżała gondola.

- Rozumie się druhu drużynowy. Teren zabezpieczony. Dziewczyny zaczęły już rozbijać namioty. A my ruszyliśmy za wami, jak tylko uporaliśmy się z własnym bałaganem - zdał krótki raport Mariusz. - W czym możemy wam pomóc? - spytał na zakończenie.

- Trzeba przenieść cały ten sprzęt na miejsce lądowiska. Samochód tu nie dojedzie, a nawet jeżeli chcielibyśmy to sprawdzić to - Wojtek spojrzał na zegarek - nasze wsparcie dotrze tu najwcześniej za dwie godziny. Do tego czasu będzie już ciemno. Sami musimy się z tym uporać.

Chociaż gondola wraz z powłoką i wyposażeniem balonu ważyła niemało to jednak siła dziesięciu osób wystarczyła, aby powoli przetransportować cały sprzęt do oddalonego o ponad kilometr lądowiska. Oczywiście, po drodze musieli robić postoje, ale i tak udało im się dotrzeć do celu w rekordowym czasie 35 minut.

Zbliżając się do lądowiska, stanowiącego jednocześnie miejsce ich dzisiejszego noclegu z daleka dostrzegli jasną smugę dymu świadczącą o tym, że żeńska załoga trzeciego balonu zaczęła już szykować kolację. Na myśl o ciepłym posiłku i gorącej herbacie od razu poprawił im się nastrój. Pomimo zmęczenia raźniej ruszyli do przodu. Jednocześnie zauważyli też jednak, że dziewczyny pomimo, że zdążyły już ich zauważyć i pomachać w ich kierunku, raz po raz stają po drugiej stronie trawiastego tarasu, na którym wcześniej wylądowali i patrzą w zupełnie przeciwną stronę, pokazując coś sobie wzajemnie i gorączkowo dyskutując.

- Co znowu? - jęknął w duchu Wojtek.

Wkrótce się wyjaśniło.

Zdążyli dojść do obozowiska i położyć niesiony sprzęt na ziemi, gdy do Wojtka podeszła jego przyboczna Dorota. – Wszystko w porządku? - spytała zerkając na Witka i innych.

- Tak. Nie było łatwo go dogonić, ale w końcu poradziliśmy sobie - odpowiedział Wojtek. - Widzę, że tutaj generalnie też wszystko OK.

Dorota spojrzała na swoje druhny i uśmiechnęła się. - Oczywiście, panujemy nad sytuacją. Ale najważniejsze, że wam, a zwłaszcza Witkowi nic się nie stało. Groźnie to wyglądało.

- Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. A o co tam chodzi? - kiwnął głową w kierunku pozostałych dziewczyn, które właśnie tłumaczyły coś chłopakom wskazując na leżący poniżej lądowiska sosnowy las. Zachodzące słońce oświetlało korony drzew czerwonawym blaskiem. Poza nimi Wojtek nie był w stanie dostrzec niczego nadzwyczajnego.

- Chyba nie tylko my mieliśmy problemy z wichurą. - odrzekła Dorota. - Gdy wiatr się uspokoił zauważyłyśmy to - wskazała ręką na bliżej nie określony punkt w przestrzeni. Wojtek skupił wzrok na wybranym fragmencie lasu. W końcu zauważył w oddali ciemnoniebieski kształt. Balon, a właściwie jego sflaczała powłoka wisiała rozciągnięta na konarach kilku sąsiednich drzew. Ani załogi, ani kosza nigdzie nie było widać.

- Wydaje mi się, że mijaliśmy się dzisiaj z nimi - powiedział po chwili Wojtek. - Poznaję po kolorze. Z tego co pamiętam w koszu były dwie, albo trzy osoby.

- Doszłam do tego samego wniosku. Wygląda na to, że wiatr ich przycisnął do ziemi, albo próbowali lądować awaryjnie. Co robimy?

- Z tego miejsca nie widać, czy coś im się stało. W ogóle niczego nie widać poza tą powłoką. Myślę, że powinniśmy do nich zejść. I to najlepiej od razu. Wkrótce zacznie się ściemniać, więc - Wojtek obejrzał się za siebie w kierunku zachodzącego słońca - mamy godzinę, może półtorej do zmroku. W nocy możemy mieć duży kłopot z odnalezieniem ich w tej gęstwinie. Wezmę ze sobą dwóch albo trzech chłopaków.

- Dobrze. W takim razie ruszajcie jak najszybciej. Ja przypilnuję reszty.

Wojtek zawołał Daniela, Andrzeja i Mariusza. W krótkich słowach przedstawił im swój plan. Zgodzili się wziąć udział w zwiadzie. Zdecydowali się wziąć jeszcze ze sobą apteczkę i latarki na wypadek, gdyby mieli wracać po ciemku. Kilku innych chłopaków też chciało pójść z nimi, ale Wojtek się na to nie zgodził. Wyruszyli w momencie gdy ostatnie promienie słońca ślizgały się jeszcze po wierzchołkach położonych w dolinie sosen.

Aby dojść do miejsca, w którym znajdował się niebieski balon musieli zejść z tarasu kilkadziesiąt metrów w dół zbocza. Następnie weszli w las. Wbrew ich wcześniejszym obawom drzewa nie rosły tak gęsto jak się spodziewali. Stosunkowo łatwo było im znaleźć przejście pomiędzy nimi. Podłoże pokryte było żwirem i gdzie niegdzie porośnięte kępami trawy. Pomimo braku ścieżek, szybko poruszali się do przodu.

Po mniej więcej dwudziestu minutach marszu dotarli do miejsca, które widzieli z góry. Niebieska tkanina wisiała na koronach drzew i lekko łopotała pod podmuchami wiatru. Liny nośne zaplątały się w gałęzie poniżej niepozwalając powłoce uwolnić się i wzlecieć w górę. Kosz leżał na ziemi. Dookoła porozrzucane były elementy wyposażenia i ekwipunku.

Wojtek rozejrzał się w poszukiwaniu członków załogi. Pozostali zrobili to samo. Nigdzie jednak nie dostrzegli żywej duszy. Andrzej podszedł do kosza. - Pusty! - Oznajmił.

Nagle usłyszeli czyjś głos. Słaby, ale rzeczywisty. Ktoś coś mówił. Głos dochodził zza pnia jednego z rosnących obok drzew. Podeszli do niego ostrożnie.

Za drzewem ujrzeli dwie osoby, mężczyznę i kobietę. Mężczyzna leżał na ziemi i nie poruszał się. Ubranie miał nieco sfatygowane i ubrudzone ale nic więcej nie można było po jego wyglądzie stwierdzić. Siedząca obok kobieta wyglądała podobnie, z tą różnicą, że była przytomna. Gdy tylko ich zobaczyła, jej oczy szeroko się otworzyły i zaczęła coś mówić. Używała jednak języka, którego nie rozumieli. Nieznajomi wyglądali na europejczyków ale z jakiego dokładnie kraju mogli pochodzić, tego nie sposób było się domyślić.

Wojtek pochylił się w kierunku siedzącej kobiety. - I don’t understand you. Do you speak English? - spytał. Kobieta zamilkła na chwilę ale najwyraźniej nie zrozumiała, co się do niej mówi, gdyż po chwili wznowiła swój monolog. - Sprechen Sie Deutsh? - spróbował Wojtek ponownie. Ponownie jednak bez rezultatu. Kobieta najwyraźniej nie znała ani angielskiego, ani niemieckiego. Wojtek innych obcych języków nie znał. Spojrzał na resztę swojej ekipy. - Ma ktoś jakiś pomysł? - spytał.

- Chyba jest w szoku - odpowiedział mu Mariusz. - Ale nie wiadomo, co jest temu gościowi. Wydaje mi się, że oddycha, ale powinniśmy mu się przyjrzeć z bliska.

- Tu parles francois? - spytał kobiety stojący dotąd w milczeniu Daniel. Ta drgnęła i spojrzała na niego. - Si, peu - padła odpowiedź. Daniel spojrzał na Wojtka. - Mówi trochę po francusku, prawdopodobnie nie lepiej niż ja, ale spróbuję się z nią porozumieć.

Wojtek kiwnął głową i ignorując na chwilę nieznajomą odwrócił się w kierunku Mariusza. - Sprawdźcie z Andrzejem ostrożnie co mu jest - wskazał na leżącego mężczyznę. Następnie zwrócił się do Daniela. - Powiedz jej, że chcemy im pomóc. Pokaż apteczkę - dorzucił.

Zostawiając chłopaków z poszkodowanymi Wojtek wstał i przeszedł kilka kroków w kierunku rozbitej gondoli. Kosz leżał przewrócony na bok. Liny łączące go z powłoką zwisały smętnie z gałęzi. Uderzenie w ziemię musiało być bardzo gwałtowne, gdyż praktycznie cały ekwipunek leżał porozrzucany dookoła. Wśród różnych sprzętów Wojtek dostrzegł w końcu to czego szukał - radio. Podniósł je. Zagrzechotało. Próbował włączyć. Żadnej reakcji. - Dobrze, że ich znaleźliśmy - pomyślał. - Sami nie byliby nawet w stanie wezwać pomocy.

Westchnął i skierował się do miejsca, gdzie znaleźli pasażerów rozbitego balonu. – I jak to wygląda? - spytał badających mężczyznę Mariusza i Andrzeja.

- Chyba wstrząśnienie mózgu - cicho odpowiedział Mariusz. - Musiał w coś silnie uderzyć przy lądowaniu. Oddycha na szczęście równo. Nic nie złamał ale jest mocno potłuczony. Powinniśmy zabrać go gdzieś, gdzie go będzie mógł obejrzeć jakiś lekarz. Sami niewiele w tej sytuacji pomożemy.

- A co z nią? - spytał Wojtek Daniela, który za pomocą krótkich zdań i pojedynczych słów usiłował porozumieć się z gestykulującą nerwowo kobietą.

- Udało mi się ustalić najważniejsze fakty - Daniel przerwał na chwile rozmowę z nieznajomą. - Oboje są Holendrami. Podobnie jak my, lecieli dzisiaj trasą turystyczną. Tylko z tego, co zrozumiałem lądować mieli jakieś 10-15 km dalej. Zaskoczyła ich ta sama wichura, która porwała naszego zielono-złocistego. Próbowali awaryjnie lądować na jednej z polan ale stracili panowanie nad balonem. Przeciągnęło ich kilkaset metrów pomiędzy wierzchołkami drzew, aż w końcu zahaczyli o jeden z nich i uderzyli najpierw w pień a potem w ziemię. Kosz zamortyzował oba uderzenia. Niestety spadając przechylił się na tyle, że mężczyzna wypadł z niego i uderzył głową w coś twardego. Od razu stracił przytomność. Ona próbowała się połączyć przez radio z ich wsparciem naziemnym, ale podobno sprzęt przestał działać.

- Tak, to prawda - Wojtek potwierdził skinieniem głowy. – Radio leży koło gondoli. Rozbiło się przy lądowaniu. – Spojrzał na rannego nieprzytomnego mężczyznę – Mariusz ma rację, tego człowieka trzeba zabrać do lekarza. Za mniej więcej godzinę powinno dotrzeć nasze wsparcie. Żeby jednak mogli go zabrać do miasta musimy przetransportować go na lądowisko. Daniel, wytłumacz to jej, a my w tym czasie zrobimy nosze.

Zrobienie prowizorycznych noszy z gałęzi i płachty materiału nie zajęło im dużo czasu, ale był już wieczór, gdy wyruszyli. Musieli użyć latarek, żeby być w stanie normalnie iść. Kobieta na szczęście nie protestowała. Pomogła im ułożyć rannego na noszach, a potem cały czas szła obok pilnując, aby mężczyzna nie spadł.

Gdy w końcu dotarli do lądowiska zrobiło się już zupełnie ciemno. Ustawione w półkolu namioty oświetlało płonące na środku tarasu ognisko. Wokół niego siedziała reszta drużyny. Jedni kończyli kolację, inni rozmawiali, jeszcze inni przeglądali i przygotowywali sprzęt do następnego przelotu. Wojtek zauważył też stojący w cieniu samochód terenowy. Odetchnął. Na szczęście tym razem ich wsparcie naziemne odnalazło ich bez problemu.

Ich nagłe pojawienie się na tarasie wywołało spore poruszenie. Wszyscy zbiegli się ciesząc się z ich powrotu i z zaciekawieniem przyglądając się nieznajomej Holenderce. Jeszcze większe zainteresowanie wzbudziły nosze, na których przynieśli rannego mężczyznę. Wojtek musiał poprosić, aby odsunęli się trochę na bok, żeby niosący nosze Mariusz i Andrzej mogli dotrzeć z nimi bliżej ogniska.

- Gdzie jest Emre? - spytał głośno Wojtek, rozglądając się wokół. - Potrzebna nam pomoc.

- Tutaj - odezwał się ktoś z tyłu. - Emre, Wojtek is looking for you. He needs your help.

Stojący w kręgu harcerze rozstąpili się, żeby przepuścić do środka młodego Turka. Dwudziestoparoletni chłopak, członek drużyny skautowej z Antalyi był jedną z dwóch osób, które pilotowały ich podczas ich wędrówki przez Anatolię. Emre podszedł do Wojtka i uścisnął mu dłoń. - Hi, nice to meet you again - powiedział i uśmiechnął się szeroko. Szybko jednak spoważniał widząc leżącego na noszach mężczyznę i klęczącą obok kobietę. - Accident? - spytał. - Is he seriously injured?

- Yes, I think we must take him to the hospital? Is it possible to go there now?

Emre zamyślił się - I think yes, but it takes about seven, maybe six hours to get there.

Wojtek spojrzał na nieprzytomnego mężczyznę i na kobietę, która przysłuchiwała się ich rozmowie. - OK., we must get there as fast as possibile. When can we go?

- Give me five minutes. We only have to change your gas bottles.

W ciągu następnych pięciu minut Emre z pomocą kilku chłopaków wypakowali z samochodu pełne butle z propan-butanem i załadowali te, które wykorzystali podczas popołudniowego przelotu. Następnie ostrożnie wsunęli rannego mężczyznę na jedno z tylnich siedzeń. W trzecim rzędzie usiadła kobieta oraz Daniel, który jako jedyna osoba z całej grupy potrafiąca się z nią porozumieć zgodził się pojechać razem z nimi do szpitala. Emre zasiadł za kierownicą. Obok niego miejsce zajęła druga członkini ekipy naziemnej, Nazlin.

Emre włączył silnik. Światła samochodu rozjaśniły górską drogę, którą tu przyjechali. Ruszył powoli. Pomachał na pożegnanie odprowadzającym go wzrokiem harcerzom i ruszył w kierunku doliny. Jeszcze przez kilka minut czerwone tylnie światła samochodu migotały pomiędzy drzewami, żeby w końcu rozpłynąć się w ciemnościach nocy.

Wojtek odetchnął z ulgą. W końcu mógł odpocząć. Ostatnie wydarzenia bardzo go wyczerpały. Marzył już tylko o tym, żeby coś zjeść i położyć się spać. Z wdzięcznością przyjął od Doroty menażkę z gorącym rosołem. Usiadł wraz z innymi przy ognisku. Jadł w milczeniu, przysłuchując się ożywionym rozmowom swoich harcerzy. Witek, Andrzej, Mariusz i inni ciągle na nowo relacjonowali wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku godzin. Ci, którzy nie brali bezpośredniego udziału w pogoni za uciekającym balonem oraz w ratowaniu holenderskiej załogi przysłuchiwali się tym opowieściom z zapartym tchem. - Wszyscy bardzo silnie przeżyli ten dzień - pomyślał Wojtek przyglądając się swojej drużynie. - I mimo, że momentami sytuacja wydawała się krytyczna nie wpadli w panikę. Zachowali się tak, jak na prawdziwych harcerzy przystało. To szczęście mieć taką drużynę - uśmiechnął się sam do siebie. Był z nich autentycznie dumny.

***

Słońce wznosiło się powoli nad horyzontem. Bezkresnego błękitu nieba nie przysłaniała nawet najmniejsza chmurka. Trzy kolorowe balony wznosiły się powoli do góry. Wokół panowała cisza, przerywana jedynie od czasu do czasu szumem gazowych palników. Młodzi załoganci z zapartym tchem chłonęli pojawiające się przed ich oczami widoki.

Wojtek spojrzał w kierunku oddalającej się od nich ziemi. Taras, na którym zatrzymali się na noc stawał się coraz mniejszy. Wkrótce Wojtek nie był już w stanie stwierdzić, gdzie wczoraj wylądowali. Z wysoka obejrzał raz jeszcze trasę wieczornej gonitwy za zielono-złocistym oraz fragment lasu, gdzie rozbiła się holenderska załoga. Niebieska powłoka balonu wciąż wisiała na drzewach. Sosnowy las wypełniał dolinę wciśniętą między wzniesienia potężnego Taurusu. Wokół jak okiem sięgnąć wznosiły się szczyty górskie. Na ich oczach góry oświetlane promieniami wschodzącego słońca budziły się powoli do życia.

Po kilku minutach lotu trafili w końcu na silny wiatr wiejący w kierunku wschodnim. Dokładnie taki, jakiego oczekiwali. Spojrzeli w stronę wschodzącego słońca. Gdzieś tam w oddali, w sercu Anatolii krył się cel ich wyprawy – tajemnicza kraina Kapadocja.

VN:F [1.8.1_1037]
Rating: 0.0/5 (0 votes cast)

Podobne artykuły

  • Brak podobnych artykułów
Paweł DoboszPrzyjaciel harcerstwa. W ZHP pełnił funkcje zastępowego, przybocznego, drużynowego, Komendanta Hufca Piaseczno i Kierownika Wydziału Wdrażania Strategii GK. Z zawodu menedżer, ekspert ds. zarządzania. Pracuje w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego, gdzie nadzoruje zarządzanie strategicznymi projektami. Współpracuje z różnymi organizacjami pozarządowymi. Pasjonuje się wszystkim, co związane z rozwojem społeczeństwa obywatelskiego. Zainteresowania: podróże po Polsce i świecie, political fiction, SF i fantasy, muzyka lat 80/90tych.

One Responseto “O harcerstwie inaczej odc. 4 – “Przygoda””

  1. mgr_scout mówi:

    Ciekawa treść ale tekst trochę przydługi jak do czytania na monitorze ;)

    UN:F [1.8.1_1037]
    Rating: 0 (from 0 votes)

Leave a Reply

top