Harcerstwo jest nudne
“Mieliśmy lecieć na Księżyc, ale nikt nie przyszedł…”. To słowa jednej z kursantek sprzed dwóch lat, zapytanej o to, co robili na ostatniej zbiórce. Wyjaśnię, że zbiórka była zuchowa i zdobywali sprawność kosmonauty.
Ilekroć przyglądam się metodyce harcerskiej mam uczucie niedomówienia, pustki programowej, nudy. Nie wiadomo co powinni robić harcerze na zbiórkach. Nasza organizacja nie daje drużynowemu drużyny harcerskiej i starszoharcerskiej przepisu na ciekawy program. Owszem, daje wskazówki. Są nimi elementy i cechy metody harcerskiej, system stopni i sprawności oraz programy dedykowane – kiedyś przynajmniej były. I tyle. Resztę zostawia w rękach drużynowego. Z tego wszystkiego najkonkretniejsze są stopnie i sprawności – odpowiednio do wieku i szeroko zakreślają obszar zainteresowań harcerstwa. Aha, przepraszam, mamy jeszcze tradycję…
Efekt? Na zbiórkach harcerskich uczymy się 5 węzłów, alfabetu Morse’a i GA-DE-RY-PO-LU-KI (to są te elementy tradycyjne), co to jest azymut, historii i struktury harcerstwa. Czasem jeszcze dowiadujemy się, co oznaczają żołędzie i jagody na Krzyżu. Czasem samarytanka w jej najpraktyczniejszym aspekcie – czyli jak usztywnić złamaną nogę przy pomocy kurtki, sznurowadeł oraz kija oraz terenoznawstwo. Jak dorzucimy do tego Prawo i Przyrzeczenie Harcerskie, andrzejki, wigilię i topienie Marzanny mamy zbiórki na cały rok. A od września, wiadomo, jeszcze raz, trzeba zrobić nabór i do drużyny przychodzą nowi. I od początku: Prawo, symbolika, samarytanka, szyfry, struktura, historia, ekologia, wigilia, andrzejki, marzanna, rajd, biwak, gra, samarytanka, szyfry, nauka węzłów.
Niby ciekawy program… Ale to program na niby.
Nasza organizacja nie uczy drużynowego, czego ten powinien uczyć na zbiórkach. Być może dlatego, że przecież harcerstwo uczy wszystkiego i nie można drużynowych ograniczać. Owszem, nie należy ich ograniczać, ale warto wspierać i ukierunkowywać.
A tymczasem powyższy plan pracy może zostać uznany za niezły i ciekawy, zgodny z metodyką i pewnie jest realizowany w wielu drużynach. Dlaczego się go czepiam?
Z kilku powodów:
Po pierwsze to metaharcerstwo.
Zuchy mają cykle sprawnościowe, w czasie których bawią się w kogoś lub w coś. Harcerze grają, ale ich gry w większości polegają na tym, żeby zebrać śmieci rozrzucone wcześniej przez drużynowego, na których supertajnym szyfrem jest napisane coś oczywistego. I tak na zbiórce gromady zuchowej zuchy są strażakami i zwiedzają remizę a harcerze znów są tajnymi agentami i odszyfrowują supertajne wiadomości o symbolice Krzyża. Na następnej zbiórce zuchy uczą się jak pracuje poczta i na poczcie wysyłają listy, a harcerze szukają schowanej pod schodami w szkole kartki, z której rozszyfrowują alfabetem Morse’a jaki sznur ma zastępca przewodniczącego chorągwianej komisji stopni instruktorskich. Dobrze przygotowana metodyka zuchowa jest gotowym przepisem na to, co można zrobić z gromadą zuchową. Nie ogranicza przy okazji drużynowego, nie narzuca mu niczego ale daje kilkadziesiąt prawie gotowych worków z tworzywem, które można dostosować do potrzeb własnych i środowiska.
Metodyka harcerska przekazywana latami przez tradycję nie wypracowała takich materiałów. Nie stworzyła gotowego przepisu na drużynę harcerską zostawiając wszystko w rękach drużynowego co może oznaczać czasem zupełną klęskę. Więc zuch uczy się życia, a harcerz uczy się harcerstwa. To jest harcerstwo o harcerstwie. Metaharcerstwo.
Po drugie, to niezgodne z zasadami harcerskiego wychowania.
W naszym programie brakuje nam miejsca na służbę. I z tą służbą w ogóle jakoś nam nie po drodze. Biała służba, niesienie BŚP i…. co dalej? Czy jeszcze są w drużynach zastępy, które opiekują się jakąś starszą sąsiadką i robią jej regularnie zakupy? Czy wychodzimy z naszym programem na zewnątrz i organizujemy na co dzień aktywności dla szkoły, osiedla, miasta? Czy wyjeżdżając na obóz lub zimowisko organizujemy kilka dni dla dzieci z okolicznych miejscowości? Owszem, we wnioskach, które pisujemy do władz tak deklarujemy, ale potem okazuje się, że znów cały program robimy we własnym, harcerskim gronie, znów harcerstwo służy harcerstwu. To metasłużba.
Po trzecie, to nie jest rozwijające.
Harcerz dojrzewa w drużynie i z roku na rok ma mniej ciekawych rzeczy do zrobienia. Prędzej czy później z braku innych wyzwań zostaje kadrą drużyny albo odchodzi z organizacji. W tym pierwszym przypadku kontynuuje tę pracę, której się nauczył, więc znów kalka i wciąż to samo. I tak harcerstwo rozwija ludzi dla harcerstwa. To metarozwój.
I co z tego, że w harcerstwie można robić wszystko, skoro nikt nie ma pomysłu na to co to może być?
Podobne artykuły
Harcmistrzyni, instruktorka Hufca Warszawa Praga Południe, komendantka szczepu, członek ZKK Hufca, instruktorka WBiA GK.
Lubi truskawki i Bieszczady.
nic nie sugeruje, piszę co obserwuje. ale rozumiem że Ty sugerujesz że tendencja z przytoczonych wyników została zachowana?
dla mnie punktem odniesienia albo obiektem zazdrości jest metodyka zuchowa –
Tam w cyklach sprawnościowych, często opisanych dokładnie jest kilka/kilkanaście róznych form dla realizacji każdego z elementów cyklu. Cykli sprawnościowych jest znacznie więcej, niż jeden drużynowy może zrealizować w ciągu 3-4 lat.
Jedni drużynowi czerpią gotowe rozwiązania z cyklów, inni wybierają najciekawsze albo się tylko nimi inspirują a jeszcze inni tworzą gotowe do użytku cykle sprawnościowe dla następnych. Nikt nie zarzuca im zabijania kreatywności drużynowego – bo sama praca z zuchami wymaga nieustannej kreatywności.
I takiego banku pomysłów trochę im zazdroszczę.
Nadmienię, że kadra zuchowa jest najbardziej socjodemograficznie zróżnicowana w ZHP. W dużych miastach jest zdecydowanie młodsza, niedoświadczona i ‘krótkoterminowa’, a poza dużymi miastami jest nauczycielska, mocno doświadczona i długoletnia.
Rozpiętość wieku drużynowych zuchowych jest największa, ale wspólnie tworzą RUCH zuchowy, który składa się na wspólne dziedzictwo własną pracą i pomysłami.
Bo te są potrzebne zarówno młodym i niedoświadczonym jak i tym, którzy pełnią tę funkcję od 20lat.