search
top

O harcerstwie inaczej odc. 2 – “Próba”

Cieszyli swoje oczy słońcem. Wschodziło powoli, rzucając złociste promienie na polanę i las, który ich otaczał. Ostatnie kępy porannej mgły powoli rozwiewał wiatr. Wokół nich stały namioty. W tej chwili wszystkie dokładnie zasznurowane i pełne spojonych oddechów śpiących. Przy każdym namiocie stał łopoczący od czasu od czasu na wietrze proporzec.

Sprawdzili już chyba po raz setny tej nocy. Wilków – jest, Czapli – jest, Łosi – zawinął się wokół drzewca, ale jest, Wiewiórek – jest, Bobrów jest, ich, czyli Żbików – oczywiście jest, Jaskółek – chwilę, Michał podszedł bliżej, na szczęście proporzec schowany były lekko za drzewem. Odetchnęli z ulgą. Teraz spojrzenie na środek wyznaczonego przez harcerskie namioty okręgu. Najważniejsza rzecz, której pilnowali – proporzec “Puszczy” wisiał na swoim miejscu. Janek chuchnął w zmarznięte dłonie. W końcu był koniec października i poranek, mimo że słoneczny to jednak ciepły wcale nie był.

Nagle w powietrzu zabrzmiał jakiś dźwięk. Ni to dzwonek, ni to śpiew ptaka. Delikatne brzęczenie dochodziło z drugiej strony polany. A dokładnie spomiędzy drzew, ponad którymi coraz bardziej błyszczała tarcza słoneczna. Chłopcy znieruchomieli i spojrzeli w tym kierunku. Zmrużyli oczy usiłując cokolwiek dostrzec. Nic z tego. Słońce za bardzo ich oślepiało.

- Pójdę, sprawdzę co to może być – rzucił półgłosem Michał. Janek skinął głową – Ok, ja przypilnuję proporców. Wiadomo? Może ktoś chce nas odciągnąć od namiotów?

Michał spojrzał w kierunku skąd dochodził nietypowy dźwięk – zobaczymy – szepnął i ruszył powoli skrajem polany, starając się robić jak najmniej hałasu.

Las był w tym miejscu przede wszystkim sosnowo-świerkowy. Rosło też trochę brzóz. Zaś w miejscu, gdzie się rozbili namioty stały dwa potężne dęby – ich dęby, dęby “Puszczy” jak dowiedzieli się wczoraj podczas wieczornego ogniska od drużynowego. Pod stopami Michała trawa mieszała się z mchem. Tu i ówdzie drogę przegradzały niskie krzewy. Poranna rosa, wilgoć, którą nasiąknięte było poszycie tłumiło kroki. Michał powoli okrążał polanę.

Dźwięk, który zdążył już stać całkiem głośny nagle zamilkł. Michał stanął zdezorientowany. Obejrzał się. Od namiotów dzieliło go już ponad sto pięćdziesiąt metrów. Nigdzie nie zauważył Janka. – Nieźle się maskuje – pomyślał. Nagle, tuż obok niego w gęstwinie coś zaszeleściło. Dwie, może trzy sekundy. Wystarczyło, aby Michałowi serce zaczęło mocniej bić. Obejrzał się raz jeszcze w kierunku, z którego przyszedł. W myślach gorączkowo zastanawiał się co robić. Spojrzał na zegarek – 6.13. Jeszcze wcześnie. Pobudka będzie za godzinę. Wracać, obudzić oboźnego? Tylko, co miałby mu powiedzieć? Że coś szeleściło w krzakach? Pokiwał z politowaniem głową nad własnym pomysłem – trzeba wymyślić coś lepszego.

Ponowne brzęczenie zupełnie go zaskoczyło. Dochodziło z głębi lasu. Próbował wypatrzeć co jest jego źródłem. Bezskutecznie. Las był w tym miejscu bardzo gęsty. Młode świerki tworzyły zieloną ścianę. Nad nimi wznosiły się starsze drzewa, pomiędzy których gałęziami błyskały od czasu do czasu promienie porannego słońca.

- To musi być gdzieś tam – szepnął sam do siebie – tylko jak się tam dostać? Przykucnął i odgarnął gałęzie najbliższego świerczka. Tuż nad ziemią gałęzi było jakby mniej, i większość z nich dawno już chyba uschła. Powinno się udać. Michał naciągnął mocniej rogatywkę na głowę, zasunął kurtkę pod samą szyję i zaczął się powoli wczołgiwać w świerkowy zagajnik.

Czołgając się starał kierować się dochodzącym już z całkiem bliska dzwonieniem. Poszycie okazało się w tym miejscu wyjątkowo suche, podobnie jak gałęzie, o które co chwila zahaczał głową. Za kołnierz wpadały mu igły i kawałki mniejszych gałązek. Ale nie zwracał na to większej uwagi. Chęć odkrycia źródła tajemniczego dźwięku całkowicie go pochłonęła.

Po przeczołganiu się około dwudziestu metrów dotarł do małej, porośniętej mchem, polanki. Tu kończył się świerkowy zagajnik, a zaczynał prawdziwy, porośnięty starymi drzewami las. Dźwięk, który ciągle rozbrzmiewał w powietrzu dochodził jakby z góry.

Rozejrzał się. Jego wzrok przyciągnęła drewniana konstrukcja opierająca się o wyjątkowo wiekową sosnę. Była to stara ambona myśliwska. Brzęczenie dobiegało z jej wnętrza. Michał podszedł do opartej o, położoną na wysokości kilku metrów, platformę drabiny. Szczeble wydały mu się całkiem solidnie. Nie powinny się chyba połamać. Dla pewności oparł się całym swoim ciężarem na jednym z nich. Drewno wytrzymało. Michał zaczął powoli wchodzić na górę.

Wreszcie zobaczył źródło dźwięku, który tak go zaintrygował. Na grubym sosnowym konarze zawieszony został sznur obwieszony różnej wielkości metalowymi blaszkami, które przy każdym większym podmuchu wiatru wydawały delikatny brzęczący odgłos. – Skąd się to tutaj wzięło? I kto to powiesił? Dziś rano?! Bo przecież jeszcze w nocy nic nie było słychać. Ta ostatnia myśl spowodowała, że rozejrzał się szybko wokół siebie.

I zobaczył coś, czego w pierwszej chwili nie dostrzegł. Kawałek zapisanego papieru przypięty do grubej liny przywiązanej do rosnącej przy ambonie sosny. Szybko przebiegł oczami po literach. Na kartce napisane było tylko kilka słów: “Udowodnij Żbiku, coś wart”. Michałowi przeleciało nagle przez głowę tysiąc różnych myśli. To musiała być jego “Próba”! Słyszał coś o tym od Janka. Janek też niewiele wiedział, ale podobno dla każdego członka “Puszczy” nadchodził kiedyś prędzej, czy później “Dzień Próby”. Tylko co on miał teraz zrobić?

- Lina – olśniło go – to musi mieć jakiś związek z tą liną. Spróbował dojrzeć dokąd prowadzi. Nic z tego. Z ambony widać było jedynie krótki odcinek wiszącego kilka metrów nad ziemią grubego sznura. Jego koniec ginął gdzieś w zielonych koronach sąsiednich drzew. Michał nie namyślał się jednak długo. Od dzieciństwa uwielbiał łazić po drzewach, a poza tym całkiem niedawno ukończył podstawowy kurs wspinaczkowy. Na platformie leżało jeszcze kilka krótszych linek. Michał, tak jak go uczono, zrobił sobie z nich prowizoryczne zabezpieczenie, które miałoby go ochronić w razie, gdyby miał problem z samodzielnym utrzymaniem się w powietrzu. Sprawdził jeszcze czy węzły dobrze trzymają, po czym chwycił linę obiema rękami i nogami i niczym kot zaczął się powoli przemieszczać tam dokąd ona prowadziła.

Pierwsze kilkanaście metrów poszło łatwo. Lina była mocno napięta. W kilka minut Michał znalazł się na sąsiednim drzewie. Co teraz? Spojrzał w dół. Wysoko. W dodatku sam pień bez konarów, więc chyba raczej nie tędy droga. Spojrzał w górę. Już prędzej. Zaczął podciągać się na kolejnych gałęziach. Po chwil ręce miał już całe w sosnowej żywicy.

Druga lina zawieszona była luźniej. Jej pierwszy odcinek delikatnie opadał w dół. Michał pokonał go jednym krótkim zjazdem. Dalej było już jednak trudniej. W ramionach zaczął już odczuwać zmęczenie. Musiał wspiąć się teraz po bujającej się linie praktycznie na tą samą wysokość, z której przed chwilą zjechał. Pod sam koniec tej wspinaczki niewiele brakowało, żeby zrezygnował. Ręce omdlewały mu ze zmęczenia. Ostatkiem sił udało mu się jednak dotrzeć do celu. Usiadł na konarze i powoli łapał oddech.

- Ciekawe jak daleko jeszcze i gdzie właściwe mnie prowadzą? – pomyślał i spojrzał na zegarek – 6.37.. a niech to, nie ma mnie już z pół godziny! Żeby tylko Janek nie spanikował, że mnie nie ma. Nie no, chyba jakoś to załatwili. Dobra, nie ma co. Trzeba się pośpieszyć.

Drzewo, na którym teraz siedział miało praktycznie jeden konar – ten właśnie, na którym siedział. – I co teraz? Raczej nie z powrotem.. Po samym pniu, w górę, lub w dół – nieee, to bez sensu. W górę nawet jakby próbował to nie da rady. Jest za bardzo zmęczony. Czyli jednak w dół..

Zjazd po pniu nie był specjalnie trudny. Należało jedynie zachować odpowiednią ostrożność. Drzewo było na szczęście liściaste, więc obyło się bez pobrudzenia kurtki i spodni żywicą. Wystarczało mu już, że ręce mu się od niej kleiły. Michałowi nie udało się jednak zjechać do samej ziemi. Mniej więcej w połowie drogi natknął się na przywiązaną do pnia linę, która tym razem szła ostro w górę i przywiązana była do sąsiedniej brzozy mniej więcej piętnaście metrów nad miejscem, w którym się aktualnie znajdował.

- Powariowali. Normalnie odbiło im. Niby jak mam się tam dostać.

W dół albo w poziomie jeszcze dałby radę, ale piętnaście metrów prawie pionowo pod górę to już stanowczo było ponad jego siły. Już się ledwo trzymał. Jeszcze trochę i będzie musiał zejść na ziemię. Chyba jednak nie przejdzie swojej “Próby”. Cały jego początkowy entuzjazm gdzieś uleciał.

- To już koniec – pomyślał. Pojęcia nie miał, co się dzieje, jak ktoś nie przejdzie “Próby”. Z drużyny pewnie nie wyleci, ale o krzyżu harcerskim w ciągu najbliższego roku może zapomnieć. No i jeszcze taki wstyd. On, dumny posiadacz certyfikatu ukończenia kursu wspinaczkowego i dyplomu za najszybszą wspinaczkę po ściance w zawodach powiatowych nie dał rady głupiemu drzewu. Już widział te ironiczne uśmieszki kolegów.

Strapiony spojrzał na brzozę oddaloną o zaledwie pięć metrów. Była jesień, więc drzewo pozbawione było w zasadzie całkowicie swojego normalnego ulistnienia. Coś tam się jednak jeszcze zieleniło. Michał ledwo zarejestrował ten fakt i już miał zrezygnowany zjechać na ziemię, gdy nagle uświadomił sobie, że coś mu nie pasowało. Skąd on kojarzył tę barwę. To nie mogą być liście brzozy. Przecież brzoza nie ma liści wielkich jak łopian.

- Chusta “Puszczy” – prawie krzyknął z wrażenia. Nie próbna – jasnozielona, ale ta prawdziwa – ciemnozielona, ta która przysługuje tylko tym, którzy stali się pełnoprawnymi członkami drużyny. Tym, którzy przeszli “Próbę”. Tylko pięć metrów dzieliło go od upragnionego kawałka materiału.

- Dobre sobie – “tylko”. Przecież tak po prostu sobie po nią nie skoczę..

I wtedy przyszło olśnienie. Spojrzał raz jeszcze na przywiązaną do jego drzewa linę. Węzeł należał do tych łatwo rozwiązywalnych. No jasne. Dlaczego nie wpadł na to od razu? Wiedział już co robić. Delikatnie odwiązał linę od drzewa, na którym wisiał już kilka ładnych minut i mocno chwycił jej luźno wiszący koniec. Odpowiednio przewiązał zabezpieczenie i odepchnął się z całej siły w kierunku stojącej obok brzozy. Tak, jak przypuszczał, nie minęły trzy sekundy, a już trzymał w ręku upragnioną chustę “Puszczy”, do której przyczepiona była dodatkowo plakietka drużyny. Ale czy to już znaczyło, że przeszedł “Próbę”?

Zdobywszy chustę, Michał zdecydował się w końcu zejść na dół. Tu jednak nikt na niego nie czekał. Trochę go to zaskoczyło. Prawdę mówiąc, średnio orientował się w jakiej części lasu się aktualnie znajdował. Nie mogło to być daleko od polany, gdzie rozbili biwak, ale w którym kierunku ona była, tego nie wiedział. W pewnej chwili usłyszał jakieś głosy. Ktoś chyba rozmawiał, ktoś inny się śmiał. Niewiele myśląc ruszył w tamtym kierunku.

Gdy wyszedł na otwartą przestrzeń, poznał miejsce, gdzie dzień wcześniej ich drużynowy zorganizował im szkolenie z terenoznawstwa. Ze zdumieniem spostrzegł, że mimo wczesnej wciąż jeszcze pory, na środku polany znalazła się chyba cała jego drużyna. Wkrótce i oni go zobaczyli. W niebo popłynęło kilka gromkich okrzyków. Michał puścił się w ich kierunku prawie biegiem. Gdy już dostał się w objęcia przyjaciół gratulacjom, uściskom dłoni, poklepywaniom po plecach nie było końca.

Michałowi udało się wypatrzeć Janka, całego obsypanego sosnowymi igłami i odrywającego rzepy, które w ogromnej ilości poprzyczepiały mu się do ubrania. On także trzymał w ręku ciemnozieloną chustę. Obaj przyjaciele zaczęli na wyścigi opowiadać sobie, co każdy z nich właśnie przeżył. Poza nimi “Próbę” przeszła jeszcze tego dnia najmłodsza Czapla, dwa Bobry (cała trójka zmieniała właśnie kompletnie mokre ubrania na suche rzeczy, które przewidująco przynieśli im pozostali członkowie ich zastępów) oraz jeden, od stóp do czubka głowy umorusany w błocie Łoś, który dołączył do grupy jako ostatni i choć początkowo patrzył się na wszystkich wokół wilkiem to w końcu jednak się rozpogodził i śmiał się razem z innymi.

Słońce wisiało już dość wysoko na niebie, kiedy Michał, stojąc pośrodku kręgu stworzonego przez stojących wokół przyjaciół usłyszał od drużynowego:

- Gratuluję druhu. Przeszedłeś “Próbę”. Uwodniłeś, że jesteś godny miana Żbika. Od dzisiaj jesteś pełnoprawnym członkiem “Puszczy”.

A w tle, gdzieś daleko słychać było wciąż ciche brzęczenie..

VN:F [1.8.1_1037]
Rating: 0.0/5 (0 votes cast)

Podobne artykuły

Paweł DoboszPrzyjaciel harcerstwa. W ZHP pełnił funkcje zastępowego, przybocznego, drużynowego, Komendanta Hufca Piaseczno i Kierownika Wydziału Wdrażania Strategii GK. Z zawodu menedżer, ekspert ds. zarządzania. Pracuje w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego, gdzie nadzoruje zarządzanie strategicznymi projektami. Współpracuje z różnymi organizacjami pozarządowymi. Pasjonuje się wszystkim, co związane z rozwojem społeczeństwa obywatelskiego. Zainteresowania: podróże po Polsce i świecie, political fiction, SF i fantasy, muzyka lat 80/90tych.

Leave a Reply

top