Mały wielki krok
Czy jeśli dano by wam możliwość powrotu do czasów licealnych, zastanawialibyście się długo czy wrócić czy nie? Ale bez cofania się w czasie, ot z tą wiedzą, tymi pieniędzmi które teraz macie. Po prostu zamiast do pracy skoczyć sobie na lekcje. Albo chociaż na licealną imprezę. (Oczywiście zadaję to pytanie tym którzy te czasy mają już dawno za sobą).
Myślę że całkiem spora część z was z chęcią wróciłaby do tego beztroskiego życia. Niestety czas płynie, “to se ne vrati Pane Havranek” i w ogóle nie ma co marzyć. Jedyną opcją pozostania na dłużej było niezdanie do następnej klasy, a to chyba nie jest najprzyjemniejsze. A gdyby tak pozostawić każdemu możliwość wyboru? Wydaje się to abstrakcyjne? Przecież tak jest w harcerstwie.
Zacznijmy od tego że w naszej wersji skautingu, granica między instruktorem a “wychowankiem” jest dość mglista. Wiem, wiem, przecież to harcerstwo, wzajemność oddziaływań, nie ma “nauczycieli” i “uczniów”. Jednak w większości organizacji jest wyraźnie zaznaczone gdzie kończy się “beeing a scout” a gdzie zaczyna “beeing a scouter”. Scouter – wychowawca, instruktor, mentor. U nas tego nie ma – podział na instruktorów i nie-instruktorów biegnie sobie gdzieś zupełnie obok podziału na będących kadrą i nie będących kadrą (to temat na zupełnie inny artykuł), a podziału na kadrę wychowawczą i kadrę pomocniczą w ogóle nie ma (a to na jeszcze inny artykuł). Nie ma też podziału wiekowego który rozgraniczyłby te dwie grupy, nie ma górnej granicy bycia “członkiem” (jest co prawda w metodyce – 25 lat, ale nikt się chyba tym specjalnie nie przejmuje).
Co z tego wszystkiego wynika? Ano to, że gdy wstąpimy do ZHP w wieku powiedzmy lat sześciu, to tak naprawdę możemy sobie w nim trwać aż do osiemdziesiątki. Nie zastanawiając się kim tam tak na prawdę jesteśmy.
Problem jest skomplikowany i jak już wspomniałem trudno byłoby opisać teraz wszystkie jego aspekty, więc pozwólcie że skupię się tylko na jednym z nich – końcu harcerskiej drogi.
Kiedy myślę “Koniec harcerskiej drogi” przechodzą mnie ciarki. Bo to jakaś niewyobrażalnie straszna rzecz – odwieszam mundur na kołek po to by nigdy go już więcej nie założyć. Nie pojechać w góry, nie wyjąć gitary, nie założyć plecaka, nie powiedzieć gawędy. Tak, tak, we mnie, zatwardziałym pozytywiście budzi się nagle coś i mówi “a weź ty się przewietrz i niech ci przejdą te głupie pomysły”. No bo jak tu tak nagle odejść? No jak?
To wydaje się tak traumatyczne, że duża część z nas nie odchodzi. Po prostu przestaje powoli działać w harcerstwie, czasem bierze urlop instruktorski, ba, często figuruje w spisie i opłaca składki, choć nie pełni żadnej funkcji. Chce po prostu “być”, czuć jakąś łączność ze swoją przeszłością, z czasami gdy wszystko było piękne i proste. A może ktoś zaproponuje jakąś funkcję, a może po prostu założę mundur i pojadę na jakiś rajd? Może… Tymczasem jestem… kim jestem? Jeszcze instruktorem? Członkiem organizacji? Czy tylko ruchu ( ;) ) ?
Krok który trzeba by podjąć wydaje się tak olbrzymi że go nie podejmujemy. Bo po co?
To teraz gdy już trochę ponarzekałem, czas na rozwiązanie. Bo zapewniam – ono istnieje. Nazywa się z angielska “Fellowship”.
A co to takiego?
Organizacje typu “Fellowship” (czyli “bractwo”) to organizacje zrzeszające byłych członków organizacji skautowych. Byłych instruktorów, a także byłych skautów i skautki. Ludzi którym ruch jest na tyle bliski, że nie chcą zupełnie od niego się izolować, ale którzy już bezpośrednio nie biorą udziału w życiu organizacji. To taki stopień pomiędzy – o wiele łatwiej jest odejść do organizacji, nawet takiej którą można nazwać “senioralną” (o tym za chwilę), niż zupełnie odejść. Może to być inne stowarzyszenie, może ono mieć także struktury lokalne, ba, może dobrze byłoby tworzyć kręgi czy kluby odpowiadające konkretnym szczepom, czy hufcom, tak aby dalej działać lokalnie.
Po co się oddzielać? Przede wszystkim dla czytelności. Ludzie o których piszę nie są już sensu stricte instruktorami, nie biorą udziału w życiu hufca, czy szczepu, nie orientują się w bieżących sprawach, nie pracują bezpośrednio z młodzieżą. I coś na nasze polskie warunki – takie osoby już zupełnie prywatnie decydowałyby sobie o swoim podporządkowaniu się Prawu Harcerskiemu, w takim, czy innym zakresie.
Co może robić takie bractwo? Ano ludzie w nim zrzeszeni mogą wyjeżdżać sobie jak za “starych dobrych lat”, jeśli potrzebne jest im to do szczęścia, choć oczywiście wyjazdy te nie mają już zupełnie charakteru wychowawczego. Mogą w taki czy inny sposób wspomagać organizację – w końcu jest wśród nich wielu specjalistów różnych dziedzin.
Fellowship nie jest pomysłem nowym – organizacje tworzące ruch byłych skautów i skautek zrzeszone są w ISGF (http://www.isgf.org/).
A jak to jest u nas? Ano mamy seniorów – coś co choć jest najbliższe tej idei, jest jednak z nią trochę na bakier. Otóż u nas seniorzy to ludzie często wiekowi i chcący bezpośrednio brać udział w życiu organizacji. Zostanie “seniorem” kojarzy się z co najmniej przejściem na emeryturę.
W ISGF pełno jest organizacji tworzonej także przez ludzi młodych, którzy dopiero co odeszli z aktywnego udziału w skautowym życiu. A także takich, których założeniem jest że NIE WTRĄCAJĄ się bezpośrednio w życie głównej organizacji skautowej. Bo nie o to w tym chodzi.
Mamy jeszcze statusy “członków wspierających”, ale to sprawa niedograna, niedopracowana i trochę kulawa. Jak to powiedziała mi kiedyś jedna osoba “co to za frajda uzyskać taki status członkowski, który może osiągnąć nawet mleczarnia” (instytucje też mogą zostać członkiem wspierającym ZHP).
Potrzebujemy więc Bractwa – Bractwa byłych instruktorów i instruktorek, harcerek i harcerzy, a nawet dorosłych, którzy nigdy nie mieli szans zaistnieć w harcerstwie. Ma to być organizacja ludzi DOROSŁYCH, w żadnym stopniu nie nosić znamion organizacji wychowawczej. Nie powinna kojarzyć się bezpośrednio z harcerstwem na zewnątrz (bez mundurów, ewentualnie chusty, mało działań promocyjnych), może mieć charakter wspominkowo-sielankowy, a może bardziej wyczynowy, czy też profesjonalno – wspomagający. Wszystko niech zależy od poszczególnych kręgów (okręgów, klubów, sekcji) które je tworzą. Diamenty przeciw orzechom, że w ten sposób wiele osób które już są “jedną nogą poza” zdecydują się do niej wstąpić i przerwać ten stan nieustalony.
A jeśli ktoś chciałby znowu wrócić do głównej organizacji? Zostać komendantem hufca, a może , już po odchowaniu dzieci, nawet drużynowym? Nic nie stoi na przeszkodzie.
Co wy na to?
Podobne artykuły
Harcmistrz. Pełnił między innymi funkcje drużynowego, komisarza zagranicznego ZHP, instruktora Wydziału Wędrowniczego GK. Były szef zespołu mundurowego ZHP - pomysłodawca i współrealizator reformy mundurowej. Organizator obozów górskich i żeglarskich. Niepoprawny optymista. Obecnie mieszka w Szwajcarii. Żonaty :) Ostatnio przedsięwziął zamiar spisania swoich harcerskich dziejów pod adresem http://skaut.glogg.pl
Ekstra. Świetne rozwiązanie i jeszcze ta nazwa: fellowship, jak drużyna pierścienia :) Dużo jest chyba takich skautowych rozwiązań, wymyślonych i sprawdzonych bardzo dawno temu, które moglibyśmy wdrożyć w ZHP (tylko że zajmuje nam to kilkanaście lat albo w ogóle nas to nie zajmuje).
podział na instruktorów i nie-instruktorów biegnie sobie gdzieś zupełnie obok podziału na będących kadrą i nie będących kadrą (to temat na zupełnie inny artykuł)
Jeśli dobrze pamiętam, taki artykuł Twojego autorstwa pojawił się gdzieś w okolicach wakacji w “Czuwaju”. Może warto go w tym miejscu ponownie opublikować? W mojej ocenie był bardzo interesujący.
Piotr Skowroński
No był, był, ale mnie tu ganią różne Klepacze za przedruki więc nie mogę :D Nie moja wina że ju wcześniej pisałem artykuły gdy inni się jakimiś HSRami zajmowali he he
ja chcę przedruk!!!
W szczepie, u którego “frędzluję” jest tzw. Rada Instruktorów Szczepu. Są tam osoby, które złożyły Zobowiązanie, ale już nie są czynnymi instruktorami. Pełnią rolę zaplecza doświadczenia i umiejętności dla młodych. Kiedy ktoś zwróci się z prośbą o pomoc do nich na pewno nie odmówią… jest tylko jeden feler. Członkowie Rady są skłóceni między sobą i nie potrafią współpracować ponad podziałami, które wynikają z burzliwej przeszłości środowiska. Dlatego trzeba wiedzieć kogo z kim prosić o pomoc… szkoda, bo ogólnie pomysł się sprawdza od kilku lat.